KONIEC ASYMILACJI (DEREK JARMAN: 'NA WŁASNE RYZYKO. TESTAMENT ŚWIĘTEGO')
A
A
A
Autobiograficzny esej Dereka Jarmana „Na własne ryzyko. Testament świętego” to manifest antyasymilacyjny, głos z samego środka debaty o epidemii AIDS, „testament” jednego z pierwszych znanych Anglików, którzy wyoutowali się jako zakażeni wirusem HIV. A Jarman jest tutaj bezkompromisowy i jak każdy bojownik o sprawę, kręcąc się tam i z powrotem wokół najbardziej palących go kwestii, popada niekiedy w ton kaznodziei i rzuca co najmniej kontrowersyjnymi pomysłami (jak ten dotyczący obniżenia lub zniesienia wieku zgody, o czym za chwilę). Trudno się temu nie poddać, kiedy już w jednym z pierwszych rozdziałów Jarman stanowczo zaznacza: „Heterospołeczeństwo, uwięzione przez monogamię w ruinach romantycznej miłości, jest całkowicie osłupiałe, gdy konfrontuje się je z różnorodnością” (s. 13). Nie sposób nie przyznać mu racji, zwłaszcza że tak trafnie użył w tym zdaniu strony biernej: heterospołeczeństwo z niczym się nie konfrontuje, bo przecież na konfrontację samo nigdy by się nie zdobyło; ono jest konfrontowane, odmieńczość je do tej konfrontacji zmusza.
Jarman, queer, gej, malarz, reżyser, znany między innymi z „Caravaggia” (1986) i „Blue” (1993 – filmu powstałego tuż przed śmiercią artysty w 1994 roku), ma już – dzięki tłumaczowi, Pawłowi Świerczkowi – całkiem spory polskojęzyczny dorobek. Odnoszę jednak wrażenie, że „Na własne ryzyko” odznacza się na tle wydanych wcześniej pozycji, może dlatego, że wydaje mi się najsprawniej łączyć intymny charakter pisania autobiograficznego z ironicznym i mimo wszystko pełnym humoru aktywizmem. Dodatkowo, Jarman, nawet kiedy po trosze ucieka w poezję, pisze przystępnie, a niekoniecznie właśnie przystępności i pewnej językowej prostoty moglibyśmy się spodziewać po jednym z ważniejszych postmodernistycznych twórców filmowych. Najbardziej postmodernistyczna, w dosyć ogólnym rozumieniu, byłaby tu forma: zapiski te pocięte są na krótkie rozdziały zgrupowane w sześciu większych częściach odpowiadających kolejnym dekadom: od lat 40. do 90.
Jarman rozprawia się ze swoim dzieciństwem, dorastaniem, karierą i chorobą, ale zamiast tkliwych wspominek dostajemy raczej kolaż – zbiór anegdot, cytatów i fragmentów. Na podstawie tej autobiografii łatwiej być może zrekonstruować losy queerowej społeczności w Wielkiej Brytanii (losy głównie tragiczne) niż życie samego Jarmana, a to dlatego, że Jarman nie byłby sobą, gdyby nie był queer. Queerowość zaś nie istnieje w próżni: o jej odmieńczym i rebelianckim statusie decyduje przecież relacja, w której znajduje się wobec heteronormy, a heteronorma – co Jarman trafnie punktuje – nie jest po prostu kategoria tożsamościową. Burżuazyjne uwikłania heterospołeczeństwa nie pozwalają traktować dominującej orientacji seksualnej jako neutralnego wariantu pożądania, ale uwidaczniają, że bycie queer wiąże się także z pozycją klasową, a co za tym idzie – determinuje wszystkie materialne warunki bytowania queerowego podmiotu. Związane z epidemią AIDS szczucie na osoby homoseksualne, które, jak szczegółowo opisuje Jarman, właściwie nigdy nie przestały być biopolitycznymi Innymi, jest tego dobrym przykładem. Podobnie jak sama choroba, traktowana przez wielu „normalnych” obywateli jako kara zesłana na tych, którzy pogrążyli się w demoralizacji.
Jarman ostro sprzeciwia się queerowej asymilacji. Nie widzi w niej drogi do wyzwolenia, a raczej do zniewolenia, wskazując na to, jak ważny w dyskusji o nienormatywności jest seks – seks, którego tak bardzo obawiają się pozornie wstrzemięźliwe heteronormatywne kręgi. Nie chce odpuszczać seksu, dlatego raz po raz we wspomnieniach pojawiają się odniesienia do ciała i do czerpanej za jego pośrednictwem przyjemności: „To ważne, żeby odzyskać naszą seksualność od tych, którzy chcą zdezynfekować jej ekspresję i wpleść ją w tkaninę burżuazyjnej brytyjskiej moralności” (s. 40). Niektóre spośród opisów schadzek są niepokojące i trudne do zaakceptowania: w walce o seksualną wolność Jarman raz po raz podnosi temat obniżenia lub całkowitego zniesienie wieku zgody, jako jeden z argumentów podając, że wczesna inicjacja pozwala na lepsze poznanie samego siebie i pewniejsze wejście w dorosłość. Idealizuje seksualne relacje czerpiące, na wzór grecki, z dynamiki między mistrzem i uczniem (przy zachowaniu różnicy wieku), co wydaje się naiwne, biorąc pod uwagę wytwarzającą się w takich związkach przestrzeń do nadużyć. Opisywanie rzeczywistości to jedno – tu Jarmanowi należy oddać, że trafnie, realistycznie i bez pornografizowania bada trudności, z jakimi borykali się młodzi geje poszukujący partnerów w drugiej połowie XX wieku – jednak próby wysnuwania z tej patologicznej rzeczywistości jakichś ogólnych modeli czy nawet propozycji emancypacyjnych wydają się poważnym błędem. Sądzę, że właśnie tu ograniczenia perspektywy Jarmana stają się najbardziej widoczne, choć nie uważam, by odbierało to jego pracy cały rewolucyjny potencjał. Warto jednak mieć te fragmenty w pamięci.
Osobiście czuję się mocno tą pozycją poruszona. Być może nie jest to najbardziej obiektywna strategia recenzencka czy literaturoznawcza, ale wspomnienia Jarmana odnosiłam podczas lektury do własnych doświadczeń. Czytając o telefonach z pogróżkami, które autor dostawał po premierze „Jubileuszu” (1978) na Channel 4, myślałam o wulgarnych wiadomościach i obelgach, które wysyłają mi użytkownicy internetu oburzeni jakimkolwiek użyciem zaimka neutralnego. W rozpaczliwym stwierdzeniu: „Dlaczego miałbym się w to wszystko pakować? Gdybym pozostał cicho, jak reszta z nich, mógłbym być jednym z tych lubianych” (s. 21) też widzę kawałek własnego życia. Czy to dobrze? Nie wiem. Ale biorąc pod uwagę, że „testament świętego”, który zmarł trzydzieści lat temu, jest nadal tak bardzo aktualny, można się odrobinę rozczarować.
„Na własne ryzyko” to propozycja do połknięcia w jeden wieczór. Jest w gruncie rzeczy druzgocąca, ale napisana tak potoczyście i sprawnie, że da się o całym tym ciężarze zapomnieć. Czy to dobrze? Nie wiem. Być może dla tych, którzy chcą się od queerowego bólu trzymać trochę bardziej z daleka, lepsza będzie „Współczesna natura”.
Jarman, queer, gej, malarz, reżyser, znany między innymi z „Caravaggia” (1986) i „Blue” (1993 – filmu powstałego tuż przed śmiercią artysty w 1994 roku), ma już – dzięki tłumaczowi, Pawłowi Świerczkowi – całkiem spory polskojęzyczny dorobek. Odnoszę jednak wrażenie, że „Na własne ryzyko” odznacza się na tle wydanych wcześniej pozycji, może dlatego, że wydaje mi się najsprawniej łączyć intymny charakter pisania autobiograficznego z ironicznym i mimo wszystko pełnym humoru aktywizmem. Dodatkowo, Jarman, nawet kiedy po trosze ucieka w poezję, pisze przystępnie, a niekoniecznie właśnie przystępności i pewnej językowej prostoty moglibyśmy się spodziewać po jednym z ważniejszych postmodernistycznych twórców filmowych. Najbardziej postmodernistyczna, w dosyć ogólnym rozumieniu, byłaby tu forma: zapiski te pocięte są na krótkie rozdziały zgrupowane w sześciu większych częściach odpowiadających kolejnym dekadom: od lat 40. do 90.
Jarman rozprawia się ze swoim dzieciństwem, dorastaniem, karierą i chorobą, ale zamiast tkliwych wspominek dostajemy raczej kolaż – zbiór anegdot, cytatów i fragmentów. Na podstawie tej autobiografii łatwiej być może zrekonstruować losy queerowej społeczności w Wielkiej Brytanii (losy głównie tragiczne) niż życie samego Jarmana, a to dlatego, że Jarman nie byłby sobą, gdyby nie był queer. Queerowość zaś nie istnieje w próżni: o jej odmieńczym i rebelianckim statusie decyduje przecież relacja, w której znajduje się wobec heteronormy, a heteronorma – co Jarman trafnie punktuje – nie jest po prostu kategoria tożsamościową. Burżuazyjne uwikłania heterospołeczeństwa nie pozwalają traktować dominującej orientacji seksualnej jako neutralnego wariantu pożądania, ale uwidaczniają, że bycie queer wiąże się także z pozycją klasową, a co za tym idzie – determinuje wszystkie materialne warunki bytowania queerowego podmiotu. Związane z epidemią AIDS szczucie na osoby homoseksualne, które, jak szczegółowo opisuje Jarman, właściwie nigdy nie przestały być biopolitycznymi Innymi, jest tego dobrym przykładem. Podobnie jak sama choroba, traktowana przez wielu „normalnych” obywateli jako kara zesłana na tych, którzy pogrążyli się w demoralizacji.
Jarman ostro sprzeciwia się queerowej asymilacji. Nie widzi w niej drogi do wyzwolenia, a raczej do zniewolenia, wskazując na to, jak ważny w dyskusji o nienormatywności jest seks – seks, którego tak bardzo obawiają się pozornie wstrzemięźliwe heteronormatywne kręgi. Nie chce odpuszczać seksu, dlatego raz po raz we wspomnieniach pojawiają się odniesienia do ciała i do czerpanej za jego pośrednictwem przyjemności: „To ważne, żeby odzyskać naszą seksualność od tych, którzy chcą zdezynfekować jej ekspresję i wpleść ją w tkaninę burżuazyjnej brytyjskiej moralności” (s. 40). Niektóre spośród opisów schadzek są niepokojące i trudne do zaakceptowania: w walce o seksualną wolność Jarman raz po raz podnosi temat obniżenia lub całkowitego zniesienie wieku zgody, jako jeden z argumentów podając, że wczesna inicjacja pozwala na lepsze poznanie samego siebie i pewniejsze wejście w dorosłość. Idealizuje seksualne relacje czerpiące, na wzór grecki, z dynamiki między mistrzem i uczniem (przy zachowaniu różnicy wieku), co wydaje się naiwne, biorąc pod uwagę wytwarzającą się w takich związkach przestrzeń do nadużyć. Opisywanie rzeczywistości to jedno – tu Jarmanowi należy oddać, że trafnie, realistycznie i bez pornografizowania bada trudności, z jakimi borykali się młodzi geje poszukujący partnerów w drugiej połowie XX wieku – jednak próby wysnuwania z tej patologicznej rzeczywistości jakichś ogólnych modeli czy nawet propozycji emancypacyjnych wydają się poważnym błędem. Sądzę, że właśnie tu ograniczenia perspektywy Jarmana stają się najbardziej widoczne, choć nie uważam, by odbierało to jego pracy cały rewolucyjny potencjał. Warto jednak mieć te fragmenty w pamięci.
Osobiście czuję się mocno tą pozycją poruszona. Być może nie jest to najbardziej obiektywna strategia recenzencka czy literaturoznawcza, ale wspomnienia Jarmana odnosiłam podczas lektury do własnych doświadczeń. Czytając o telefonach z pogróżkami, które autor dostawał po premierze „Jubileuszu” (1978) na Channel 4, myślałam o wulgarnych wiadomościach i obelgach, które wysyłają mi użytkownicy internetu oburzeni jakimkolwiek użyciem zaimka neutralnego. W rozpaczliwym stwierdzeniu: „Dlaczego miałbym się w to wszystko pakować? Gdybym pozostał cicho, jak reszta z nich, mógłbym być jednym z tych lubianych” (s. 21) też widzę kawałek własnego życia. Czy to dobrze? Nie wiem. Ale biorąc pod uwagę, że „testament świętego”, który zmarł trzydzieści lat temu, jest nadal tak bardzo aktualny, można się odrobinę rozczarować.
„Na własne ryzyko” to propozycja do połknięcia w jeden wieczór. Jest w gruncie rzeczy druzgocąca, ale napisana tak potoczyście i sprawnie, że da się o całym tym ciężarze zapomnieć. Czy to dobrze? Nie wiem. Być może dla tych, którzy chcą się od queerowego bólu trzymać trochę bardziej z daleka, lepsza będzie „Współczesna natura”.
Derek Jarman: „Na własne ryzyko. Testament świętego”. Przeł. Paweł Świerczek. Wydawnictwo Ha!art. Kraków 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

