DAWNO, DAWNO TEMU..., CZYLI O RELACYJNOŚCI I MACIERZYŃSTWIE ('MATKI ŚNIEŻNE', REŻ. KARINA GRABOWSKA)
A
A
A
„Matki śnieżne” Teatru Śląskiego w Katowicach to spektakl, który staje się przestrzenią dialogu, miejscem, w którym podejmuje się rozmowę o sprawach trudnych, często przemilczanych, a zarazem fundamentalnych dla naszego wspólnego doświadczenia. Właśnie w dialogiczny sposób teatr powinien opowiadać o tematach, które dzielą społeczeństwo, wywołują silne emocje i nie dają się zamknąć w prostych odpowiedziach.
Oparte na tekście Katarzyny Błaszczyńskiej „Matki śnieżne” to przedstawienie stworzone przez kobiety (w dużej mierze także matki), o kobietach i matkach, ale skierowane nie tylko do nich. Reżyserka Karina Grabowska zaprasza widzów do wsłuchania się w wielogłosową opowieść o doświadczeniu macierzyństwa, jego napięciach i pęknięciach. Spektakl otwiera się fragmentem baśni „Królowa śniegu” Hansa Christiana Andersena. Nie jest to jednak jedynie literacki ornament ani efektowne odwołanie do znanego tekstu kultury. Baśń zostaje tu z rozmysłem wprowadzona jako klucz interpretacyjny, pozwalający szerzej spojrzeć na relację matki i dziecka – poza prostymi opozycjami ciepła i chłodu.
Postać Królowej Śniegu przestaje być w tym ujęciu jednoznaczną figurą okrucieństwa. Odczytałam ją raczej jako obraz matki, która kocha głęboko, lecz nie potrafi okazywać uczuć w sposób powszechnie uznawany za czuły, miękki czy opiekuńczy. Jej miłość wyraża się inaczej: w wymaganiu, w przekazywaniu doświadczenia, w surowej lekcji życia, w próbie wyposażenia dziecka w mądrość potrzebną do przetrwania w labiryncie codzienności. Chłód nie musi oznaczać tu braku uczuć, a wręcz przeciwnie, może być znakiem miłości, która nie znajduje innego języka wyrazu.
Społeczna debata wokół macierzyństwa bywa z wielu powodów trudna, by nie rzec – bezlitosna. Próba jej podjęcia często kończy się zderzeniem ze ścianą wstydu i milczenia, zbudowaną z elementów oskarżeń, stereotypów i raniących słów. „Matki śnieżne” tworzą w teatrze przestrzeń, w której można przyjrzeć się napięciom towarzyszącym współczesnemu dyskursowi o macierzyństwie i roli kobiety. Spektakl nie udziela jednoznacznych odpowiedzi, nie porządkuje rzeczywistości według prostego podziału na racje słuszne i niesłuszne. Zamiast tego wykłada na sceniczny stół wiele głosów, doświadczeń i argumentów, które stale powracają w publicznej debacie, pozwalając wybrzmieć ich emocjonalnemu ciężarowi.
W przedstawieniu pojawiają się tematy, które często są zbyt trudne do wypowiedzenia: decyzja o posiadaniu lub nieposiadaniu dzieci, prawo do aborcji, doświadczenie poronienia, samotne macierzyństwo, próba pogodzenia wychowywania dziecka z rozwojem zawodowym, ale także sytuacja odwrotna, jak rezygnacja z pracy po to, by całkowicie poświęcić się opiece nad dzieckiem. Spektakl dotyka również momentów szczególnie bolesnych: poczucie niezrozumienia własnego dziecka, emocjonalne oddalenie, bezradność czy też trudność w budowaniu relacji. Dzięki temu macierzyństwo nie zostaje tu pokazane jako jednolite doświadczenie, lecz jako obszar pełen sprzecznych emocji, wszelkich odcieni szarości, społecznych nacisków i osobistych dramatów.
O sile „Matek śnieżnych” decyduje także bardzo świadomie poprowadzony zespół aktorski. Aktorki tworzą tu precyzyjnie dostrojony wielogłos, w którym każda wnosi osobny tembr doświadczenia. To właśnie dzięki temu spektakl nie zamienia się w zbiór pojedynczych scen, lecz w jednolitą, gęstą, wielowarstwową opowieść o macierzyństwie.
Szczególne miejsce zajmuje tu Agnieszka Radzikowska, która po raz kolejny potwierdza swój wyjątkowy warsztat. Nie jest ona osią spektaklu w sensie fabularnym, nie da się jej również nazwać główną bohaterką w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. A jednak to właśnie jej obecność porządkuje perspektywę widza. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy nie uczestniczy ona bezpośrednio w scenicznych wydarzeniach, a jedynie pozostaje obok nich jako niema obserwatorka. To wraz z nią wpadamy w wir kolejnych obrazów i historii, próbując uchwycić to, co w nich najistotniejsze. Radzikowska staje się więc centrum przedstawienia w sensie konstrukcyjnym – organizując jego rytm i emocjonalny ciężar.
Bardzo wyraźnie zaznacza swoją obecność także Violetta Smolińska, która z dużą subtelnością i aktorską precyzją buduje figury matek należących zarówno do starszego, jak i współczesnego pokolenia. Jej kreacje nie są oparte na prostym przedstawieniu przeciwstawnych racji ani na łatwym opowiedzeniu się po jednej ze stron. Przeciwnie, Smolińska wydaje się ucieleśniać głos doświadczenia, który nie osądza zbyt szybko i nie upraszcza tego, co z natury pozostaje złożone.
Duże wrażenie robi także Anna Lemieszek, która wnosi do przedstawienia wyrazistą energię i sceniczną świadomość. Na tle znakomitego zespołu nie tylko nie znika, ale bardzo mocno zaznacza własny ton. Szczególnie zapadł mi w pamięć moment jej wejścia na scenę, połączony ze śpiewem alikwotowym – zabieg ten nie pełni tu funkcji ozdobnika, lecz staje się istotnym narzędziem budowania postaci. To właśnie za pomocą tego środka Lemieszek kreuje figurę Supermatki, wyprowadzając ją poza porządek codzienności i realizmu. W tej kreacji jest jednocześnie coś tak beznadziejnie codziennego i znajomego – coś, co każe widzieć w niej nie tylko sceniczną postać, ale także pewien kulturowy dogmat, wobec którego wiele kobiet nieustannie musi się określać.
Warto wspomnieć również o Karinie Grabowskiej, która jako reżyserka zdecydowała się jednocześnie wystąpić w spektaklu. Taki podwójny udział bywa obciążony ryzykiem, ponieważ łatwo wówczas o zachwianie proporcji między reżyserską kontrolą a aktorską obecnością. W przypadku „Matek śnieżnych” nie mamy jednak do czynienia z podobnym rozdźwiękiem. Obecność Grabowskiej pozostaje organicznie wpisana w strukturę przedstawienia, nie osłabiając ani jego rytmu, ani spójności.
Siła „Matek śnieżnych” polega także na tym, że spektakl nie rozstrzyga odwiecznych sporów i nie próbuje wskazać jednej właściwej drogi. Nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu, nie zamienia sceny w trybunę dla gotowych tez. Zamiast tego proponuje widzom możliwość wspólnego przeżycia doświadczeń, które bardzo często pozostają prywatne, ukryte i niewypowiedziane. Być może właśnie dlatego przedstawienie działa tak mocno – pozwala nie tylko usłyszeć cudzy głos, ale także rozpoznać w nim własne lęki, wątpliwości i nierzadko przykre doświadczenia. A to z kolei sprawia, że ktoś na widowni może poczuć się choć przez chwilę mniej samotny, ba – może odczuć swoiste katharsis, prowadzące do oczyszczenia umysłu, ulgi i wewnętrznego spokoju, może w końcu być faktycznie zauważonym.
Oparte na tekście Katarzyny Błaszczyńskiej „Matki śnieżne” to przedstawienie stworzone przez kobiety (w dużej mierze także matki), o kobietach i matkach, ale skierowane nie tylko do nich. Reżyserka Karina Grabowska zaprasza widzów do wsłuchania się w wielogłosową opowieść o doświadczeniu macierzyństwa, jego napięciach i pęknięciach. Spektakl otwiera się fragmentem baśni „Królowa śniegu” Hansa Christiana Andersena. Nie jest to jednak jedynie literacki ornament ani efektowne odwołanie do znanego tekstu kultury. Baśń zostaje tu z rozmysłem wprowadzona jako klucz interpretacyjny, pozwalający szerzej spojrzeć na relację matki i dziecka – poza prostymi opozycjami ciepła i chłodu.
Postać Królowej Śniegu przestaje być w tym ujęciu jednoznaczną figurą okrucieństwa. Odczytałam ją raczej jako obraz matki, która kocha głęboko, lecz nie potrafi okazywać uczuć w sposób powszechnie uznawany za czuły, miękki czy opiekuńczy. Jej miłość wyraża się inaczej: w wymaganiu, w przekazywaniu doświadczenia, w surowej lekcji życia, w próbie wyposażenia dziecka w mądrość potrzebną do przetrwania w labiryncie codzienności. Chłód nie musi oznaczać tu braku uczuć, a wręcz przeciwnie, może być znakiem miłości, która nie znajduje innego języka wyrazu.
Społeczna debata wokół macierzyństwa bywa z wielu powodów trudna, by nie rzec – bezlitosna. Próba jej podjęcia często kończy się zderzeniem ze ścianą wstydu i milczenia, zbudowaną z elementów oskarżeń, stereotypów i raniących słów. „Matki śnieżne” tworzą w teatrze przestrzeń, w której można przyjrzeć się napięciom towarzyszącym współczesnemu dyskursowi o macierzyństwie i roli kobiety. Spektakl nie udziela jednoznacznych odpowiedzi, nie porządkuje rzeczywistości według prostego podziału na racje słuszne i niesłuszne. Zamiast tego wykłada na sceniczny stół wiele głosów, doświadczeń i argumentów, które stale powracają w publicznej debacie, pozwalając wybrzmieć ich emocjonalnemu ciężarowi.
W przedstawieniu pojawiają się tematy, które często są zbyt trudne do wypowiedzenia: decyzja o posiadaniu lub nieposiadaniu dzieci, prawo do aborcji, doświadczenie poronienia, samotne macierzyństwo, próba pogodzenia wychowywania dziecka z rozwojem zawodowym, ale także sytuacja odwrotna, jak rezygnacja z pracy po to, by całkowicie poświęcić się opiece nad dzieckiem. Spektakl dotyka również momentów szczególnie bolesnych: poczucie niezrozumienia własnego dziecka, emocjonalne oddalenie, bezradność czy też trudność w budowaniu relacji. Dzięki temu macierzyństwo nie zostaje tu pokazane jako jednolite doświadczenie, lecz jako obszar pełen sprzecznych emocji, wszelkich odcieni szarości, społecznych nacisków i osobistych dramatów.
O sile „Matek śnieżnych” decyduje także bardzo świadomie poprowadzony zespół aktorski. Aktorki tworzą tu precyzyjnie dostrojony wielogłos, w którym każda wnosi osobny tembr doświadczenia. To właśnie dzięki temu spektakl nie zamienia się w zbiór pojedynczych scen, lecz w jednolitą, gęstą, wielowarstwową opowieść o macierzyństwie.
Szczególne miejsce zajmuje tu Agnieszka Radzikowska, która po raz kolejny potwierdza swój wyjątkowy warsztat. Nie jest ona osią spektaklu w sensie fabularnym, nie da się jej również nazwać główną bohaterką w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. A jednak to właśnie jej obecność porządkuje perspektywę widza. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy nie uczestniczy ona bezpośrednio w scenicznych wydarzeniach, a jedynie pozostaje obok nich jako niema obserwatorka. To wraz z nią wpadamy w wir kolejnych obrazów i historii, próbując uchwycić to, co w nich najistotniejsze. Radzikowska staje się więc centrum przedstawienia w sensie konstrukcyjnym – organizując jego rytm i emocjonalny ciężar.
Bardzo wyraźnie zaznacza swoją obecność także Violetta Smolińska, która z dużą subtelnością i aktorską precyzją buduje figury matek należących zarówno do starszego, jak i współczesnego pokolenia. Jej kreacje nie są oparte na prostym przedstawieniu przeciwstawnych racji ani na łatwym opowiedzeniu się po jednej ze stron. Przeciwnie, Smolińska wydaje się ucieleśniać głos doświadczenia, który nie osądza zbyt szybko i nie upraszcza tego, co z natury pozostaje złożone.
Duże wrażenie robi także Anna Lemieszek, która wnosi do przedstawienia wyrazistą energię i sceniczną świadomość. Na tle znakomitego zespołu nie tylko nie znika, ale bardzo mocno zaznacza własny ton. Szczególnie zapadł mi w pamięć moment jej wejścia na scenę, połączony ze śpiewem alikwotowym – zabieg ten nie pełni tu funkcji ozdobnika, lecz staje się istotnym narzędziem budowania postaci. To właśnie za pomocą tego środka Lemieszek kreuje figurę Supermatki, wyprowadzając ją poza porządek codzienności i realizmu. W tej kreacji jest jednocześnie coś tak beznadziejnie codziennego i znajomego – coś, co każe widzieć w niej nie tylko sceniczną postać, ale także pewien kulturowy dogmat, wobec którego wiele kobiet nieustannie musi się określać.
Warto wspomnieć również o Karinie Grabowskiej, która jako reżyserka zdecydowała się jednocześnie wystąpić w spektaklu. Taki podwójny udział bywa obciążony ryzykiem, ponieważ łatwo wówczas o zachwianie proporcji między reżyserską kontrolą a aktorską obecnością. W przypadku „Matek śnieżnych” nie mamy jednak do czynienia z podobnym rozdźwiękiem. Obecność Grabowskiej pozostaje organicznie wpisana w strukturę przedstawienia, nie osłabiając ani jego rytmu, ani spójności.
Siła „Matek śnieżnych” polega także na tym, że spektakl nie rozstrzyga odwiecznych sporów i nie próbuje wskazać jednej właściwej drogi. Nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu, nie zamienia sceny w trybunę dla gotowych tez. Zamiast tego proponuje widzom możliwość wspólnego przeżycia doświadczeń, które bardzo często pozostają prywatne, ukryte i niewypowiedziane. Być może właśnie dlatego przedstawienie działa tak mocno – pozwala nie tylko usłyszeć cudzy głos, ale także rozpoznać w nim własne lęki, wątpliwości i nierzadko przykre doświadczenia. A to z kolei sprawia, że ktoś na widowni może poczuć się choć przez chwilę mniej samotny, ba – może odczuć swoiste katharsis, prowadzące do oczyszczenia umysłu, ulgi i wewnętrznego spokoju, może w końcu być faktycznie zauważonym.
Katarzyna Błaszczyńska: „Matki śnieżne”. Reżyseria: Karina Grabowska. Scenografia i animacje: Agata Kurza. Muzyka, śpiew, podkłady muzyczne i teksty piosenek: Anna Bratek. Podkłady muzyczne: Grzegorz Kasperczyk. Kostiumy, inspicjent, sufler: Anna Kandziora. Reżyseria i realizacja świateł: Bartłomiej Sowa. Realizacja nagrań, miks, master: Mikołaj Lichtański. Piano: Grzegorz Kasperczyk. Beat: Paweł Szymczak. Premiera: 27.04.2025, Teatr Śląski w Katowicach.
Fot. Przemysław Jendroska.
Fot. Przemysław Jendroska.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

