'JESZCZE NIE WIEM, KIM DZISIAJ JESTEM', CZYLI POKOLENIE PERMANENTNEGO KRYZYSU (MACIEJ MARCISZ: 'ZNAKI ZODIAKU')
A
A
A
Czy lepiej być kimś na niby, czy nikim naprawdę?
„Utalentowany pan Ripley”
„Utalentowany pan Ripley”
„Kryzys ćwierćwiecza przedłużył się do trzydziestki” – diagnozował na wstępie sytuację protagonisty narrator „Taśm rodzinnych”, debiutanckiej powieści Macieja Marcisza. (Powinnam podać lokalizację cytatu, usprawiedliwię się jednak tak jak pewien uczestnik spotkania autorskiego w recenzowanej tutaj książce: „Wziąłbym podpis, ale czytałem e-booki” [s. 19]). Bohaterom, których kreuje, przybywa lat podobnie jak jemu, lecz ich kryzysowy stan nie mija, a wręcz się wzmaga: u tych ze „Znaków zodiaku” można dostrzec objawy nieco „przedterminowego” kryzysu wieku średniego. Przedterminowego, bo znużenie codzienną rutyną i przerażenie zawężaniem się pola manewru – niekiedy skutkujące radykalną negacją dotychczasowego trybu funkcjonowania – przypisuje się osobom po czterdziestce, na dodatek zwykle mężczyznom, tu natomiast trapią one przedstawicielkę tzw. pokolenia millenialsów. Ba, jego reprezentanci (przyjmijmy do celów operacyjnych, że urodzeni z grubsza między 1985 a 1995 rokiem faktycznie mogą mieć jakąś wspólną charakterystykę) wzdychali za minioną beztroską już w drugiej powieści Marcisza, „Książce o przyjaźni”. O ile jednak tamci tęsknili za okresem liceum, o tyle Ida ze „Znaków zodiaku” melancholijnie wspomina studia: „Uważam, że dla ludzi po trzydziestym piątym roku życia powinna istnieć zaplanowana w systemie kolejna pięcioletnia przerwa, z której nie trzeba się nikomu tłumaczyć. Żebyśmy mogli się zastanowić, czego potrzebujemy, by wejść w drugą połowę (…)” (s. 40–41).
Tymczasem towarzyszący owej bohaterce Maks i Pola w sprzyjających okolicznościach bez zażenowania zachowują się jak trzpiotowate nastolatki. Czy ta infantylizacja nosi znamiona karykatury? Ostatnio ukazał się felieton Olgi Drendy poświęcony millenialsom, którego nagłówek mógłby stanowić część blurbu nowej książki Marcisza: „O tym pokoleniu mówiono, że jest zatrzymane w czasie, w niekończącej się młodości. Dziś, wchodząc w smugę cienia, zaczyna być wykpiwane” (Drenda 2024). Z uwagą antropolożki jakby dialoguje narrator „Znaków zodiaku” relacjonujący myśli Maksa: „Nie mogę się doczekać, aż kolejne pokolenie znajdzie dowody na to, że zetki też są śmieszne. Kiedy ich też przestanie chronić pancerz młodości, tak jak nas przestał” (s. 109). Z czego więc naigrawa się generacja Z? Jak można wnioskować (bardzo generalizując), w jej oczach millenialsi bywają pozerami, a jednocześnie zakompleksionymi, zagubionymi przegrywami, chociaż ukształtował ich ideał self-made (wo)man. „Wyszliśmy z domu po lockdownie i odkryliśmy, że przestaliśmy być młodzi, a nadal nie jesteśmy bogaci” (s. 109) – stwierdza narrator w imieniu protagonisty. Kres młodości nie przeszkadza przedstawicielom tych roczników pozostać wielbicielami „Harry’ego Pottera”, którzy wciąż oczekują na list z Hogwartu (motyw ze „Znaków zodiaku”), zakłopotanymi swoją niedojrzałością, lecz zarazem nią epatującymi. Są oni „pierwszym pokoleniem, które nie wstydzi się ekscytować »dziecinną« popkulturą. To milenialsi [!] odpowiadają za popularność klocków Lego (…)” (Brzeziński 2024). Co ciekawe, fragment dotyczący tej zabawki pojawia się również w omawianej książce: „Wszystkie elementy Duplo sugerują harmonię, świat bez konfliktów i przemocy” (s. 39).
Czy w samych „Znakach zodiaku” widzimy taką uładzoną rzeczywistość? Wskazywałyby na to zapowiedzi ich jako lekkiej powieści wakacyjnej. A wszak kryzys wieku średniego, nieraz traktowany lekceważąco, jest poważną sprawą: momentem – by powtórzyć inicjalny wers Dantejskiej „Boskiej komedii” – „w życia wędrówce na połowie czasu”, kiedy następuje zmiana perspektywy. Spoglądamy wstecz i w przód, obserwujemy dorastające dzieci oraz starzejących się i odchodzących rodziców, rozważamy, kim jeszcze mamy szansę się stać, gdy coraz więcej dróg się zamyka; zaczynamy czuć niespełnienie, coraz mocniej żałować przeszłości i martwić się o przyszłość, a co najistotniejsze – musimy zmierzyć się ze swoją śmiertelnością, chociaż (lub właśnie dlatego, że) „[w]szystko w człowieku jest rozpraszaniem myśli o śmierci” (s. 62).
Ale załamania nerwowego Idy nie wywołał jedynie ów przełom egzystencjalny. Świat przecież (powieściowy i – a minori ad maius – realny) nie oferuje harmonii i obfituje w konflikty. Jak zauważa antropolożka: „Dzisiaj jest wszędzie bardziej bezwzględnie, wyczerpująco i złowrogo [niż w pierwszej dekadzie XXI w. – K.Sz.]. Nic dziwnego, że można osiwieć” (Drenda 2024). Nic też dziwnego, że komunałem stało się już nazywanie depresji współczesną epidemią, która dotyka ludzi w różnym wieku i w różnych częściach globu, żyjących w Baumanowskiej płynnej nowoczesności, w poczuciu niepewności, a wręcz ciągłego zagrożenia – wojnami, klęskami żywiołowymi i katastrofą klimatyczną, masowymi chorobami, niestabilną sytuacją gospodarczą, nieobliczalnymi skutkami rozwoju AI… Ciąży na nas presja nierzadko sprzecznych wymogów społecznych: kultu wiecznej młodości, dawania z siebie maksimum i perfekcjonizmu w pracy, zaangażowania rodzicielskiego, postawy proekologicznej, samorozwoju duchowego oraz konsumpcjonizmu („must have”), przy czym niewidzialna ręka rynku zaciska się na gardle prekariuszy, podczas gdy gigakoncerny wychodzą cało nawet z największych opresji. Przejmująca się swoim położeniem finansowym i cierpiąca na wypalenie zawodowe tłumaczka Ida wyraża skumulowaną frustrację dosadnym „[n]osz kurwa” (s. 22). (Z zawodowego obowiązku podkreślę, że zgodnie z ortografią pierwszy człon należało zapisać: „noż” – polecam poradnik „Ożeż ty!, polszczyzno” Macieja Malinowskiego). W książce Marcisza napotkamy jednak sporo przenikliwszych komentarzy do rzeczywistości społeczno-politycznej, rozdzielonych między narratora a bohaterów, np.: „W dobie kryzysu psychicznego terapeuci i psychiatrzy stali się jakąś nową arystokracją (…)” (s. 22); „Rozmiary wnętrza [biurowca – K.Sz.] imponują bezsensownością, czystą i złowieszczą satysfakcją z możliwości zmarnotrawienia tak ogromnej przestrzeni” (s. 32); „Mam wrażenie, że wszystko może być uznane za antykapitalistyczne, jeśli tylko dobrze to opowiesz. Szczególnie kiedy chcesz to sprzedać” (s. 86).
Ta ostatnia kwestia – sprzedania właściwie zbudowanej historii – wiąże się bezpośrednio z wątkiem pisarza Maksa, a zarazem z innym kryzysem, który trzeba by tu wyróżnić: kryzysem tożsamości jako takiej i jej paradoksalną naturą w dobie Internetu. Z jednej strony bowiem ona również została utowarowiona przez kapitalizm, co wymaga od niej wyrazistości, przyciągania uwagi in plus lub in minus, czyli bycia medialną; z drugiej strony natomiast social mediami rządzi logika nieustannego zakładania masek. Oczywiście, już Erving Goffman w klasycznej pozycji „Człowiek w teatrze życia codziennego” wykorzystał tę metaforykę do opisu interakcji społecznych, lecz pod koniec lat 50. zapewne nie wyobrażał sobie, w jaki sposób będzie się tworzyć z własnej egzystencji spektakl na użytek wirtualnych obserwujących (zresztą teatralizację życia i „udostępnianie” jego cząstek przez millenialsów pokazywał Marcisz także w „Książce o przyjaźni”). W tym punkcie stykają się oba bieguny rzeczonego paradoksu: ponieważ tożsamość stała się produktem, powinna być atrakcyjna, dlatego kreowanie swego wizerunku oznacza obecnie konieczność, od której zależy powodzenie (przeciętny i pochodzący znikąd Maks „[m]usiał się ulepszyć przez pogorszenie” [s. 164]). Jednocześnie tożsamość nie stanowi już całościowego obrazu niepowtarzalnej jaźni, lecz fragmentaryczny i kontekstualny konstrukt montowany z prefabrykatów – paradę sieciowych symulakrów. „[J]eszcze nie wiem, kim dzisiaj jestem” (s. 19) – wyznaje protagonista, a „dzisiaj” można rozumieć albo jako „na tym etapie życia”, albo jako „w odróżnieniu od wczoraj i od jutra”. Ale przecież nie tylko typy tak chorobliwie ambitne jak on czują lęk przed – tę frazę też zapożyczam z felietonu Drendy – grozą nieistotności. Znajdująca się nagle wśród beau monde’u Ida „[p]ostanawia wyjść, nie chce zostać przyłapana na byciu nikim” (s. 180).
Nieprzypadkowo również w najnowszej powieści Marcisza wyjątkową rolę odgrywa przyjaźń; wszak właśnie „powinowaci z wyboru” winni pod tą wielością masek, wyselekcjonowanych publicznych image’ów, dostrzegać nasze prawdziwe „ja”, czasem – uświadamiać nam rozziew pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym, jakimi się sobie wydajemy. W „Książce o przyjaźni” okazuje się jednak, że niegdysiejsze bratnie dusze mogą się zmienić do tego stopnia, iż trudno uwierzyć, że łączyła je zażyłość; w „Znakach zodiaku” z kolei bohaterowie orientują się, że na wpół korespondencyjna relacja była złudna, wiedza o bliskiej osobie zaś – oparta na spreparowanych „faktach”. Omawiana powieść może wręcz ilustrować hasło „piekło to inni” w sensie, w którym użył go Jean-Paul Sartre w „Przy drzwiach zamkniętych”: człowiek pożąda cudzej akceptacji i uzależnia od niej samoakceptację, przegląda się w otaczających ludziach, a konfrontacja z nimi zmusza go do borykania się z odpowiedzialnością za dawne błędy. Niemniej piekło osądu innych stanowi jedynie refleks piekła w nas samych, Jungowskiego Cienia; nie tylko zatem każe nam wiecznie rozpamiętywać przeszłość, lecz także ujawnia drzemiący w każdym dwoisty potencjał. Słowem: inni pokazują nie tylko, kim byliśmy i jesteśmy, lecz także – kim możemy się stać. Jeśli bowiem nie posiadamy solidnej tożsamości (kręgosłupa), cóż nas ogranicza i co mamy do stracenia? Dlatego postacie drugoplanowe z książki Marcisza przypominają w swej funkcji po trosze Mefistofelesa z „Fausta”, po trosze koleżanki nęcące wyzwoleniem i luksusem demoralizujące bohaterkę „Panny Nikt”, aczkolwiek „Znakom zodiaku” daleko, oczywiście, do psychodeliczności prozy Tomka Tryzny.
W rolę tego, kto wystawia na próbę, wciela się wzmiankowana już Pola, współdziedziczka willi w Toskanii, dokąd zaprasza Maksa, a on – przyjaciółkę ze studiów Idę. Czy taki entourage może być przekonującym tłem zmagań z kryzysem psychicznym? Odpowiedzi negatywne znajdziemy choćby pod postem dotyczącym analizowanej tu powieści na facebookowym profilu „Kusi na Kulturę”: „Wiem, że odpowiadam na glorified reklamę, ale czy »millenialsi« znowu oznacza » 5% millenialsów, które miało wystarczająco szczęścia, aby załapać się do warszawskiej wyższej klasy średniej«?”; „Za sam wstęp o letnim wyjeździe do Toskanii, by ponarzekać, jak to nam jest źle, mówię książce: pa” (link w bibliografii). Pisarza nie sposób jednak posądzać o naiwność, np. w „Książce o przyjaźni” z (auto)ironią kontrastuje cierpienia mieszkańców Afganistanu czy Sudanu z „westchnienia[mi] uprzywilejowanych autorów i autorek globalnej Północy” (Marcisz 2021: 217), a w „Znakach zodiaku” nadmienia o pracownikach obsługi posiadłości, którzy uwijają się przed świtem i starają być niewidzialni, aby stwarzać pozory, że porządek sam się utrzymuje. Co więcej, wprowadzenie tak ryzykownego motywu stanowi bezpośrednią, przekorną aluzję do szablonowych fabuł w rodzaju „Pod słońcem Toskanii”, czyli trywialnej feel-good story proponującej mrzonkę, że rzucenie wszystkiego, wyjazd do pięknej Italii i praktykowanie maksymy carpe diem będzie antidotum na wszelkie problemy. (Notabene, bohaterka owej komedii liczy sobie 35 lat, zatem jest w wieku dzisiejszych millenialsów). Tak się składa, że nawet w tej chwili mój ulubiony serwis z e-bookami promuje na stronie głównej pewną nową powieść opisem: „To powinny być wymarzone wakacje. Sierpień, Włochy i zabytkowa willa z basenem w miasteczku nieopodal Neapolu”.
No właśnie: powinny być. W „Znakach zodiaku” mamy bowiem do czynienia z idyllicznością à rebours; wakacyjny wypad nie tylko nie likwiduje kłopotów, ale je wręcz potęguje. Otóż Marcisz nawiązuje przede wszystkim do takich narracji jak „Witaj, smutku” Françoise Sagan (lato w rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu, tragiczna gra rozkapryszonej nastolatki, z zakochanym chłopakiem, ojcem-donżuanem, jego kochanką i jego żoną in spe w roli pionków) czy film François Ozona „Basen” (posiadłość w Prowansji, pisarka przyjeżdżająca tam na zaproszenie, bezpruderyjna dziewczyna, intryga kryminalno-seksualna); skądinąd tę pierwszą wprost wyszczególnia na liście swoich inspiracji. W dodatku mała, zamknięta przestrzeń oraz kameralne grono postaci (wymienionych na początku niczym dramatis personae) wywołują skojarzenia z klasycznymi kryminałami (niebezpodstawne: „Teraz będzie musiał naprawdę unieszkodliwić tego detektywa z YouTube’a” [s. 69]). Uprzedzając dalszy wywód: nie może być mowy o „włoskiej sielance”, gdyż Ida i Maks zabierają do Toskanii własne demony – ciążący im bagaż tajemnic, kompleksów i wątpliwości tożsamościowych. Eskapizm okazuje się jedynie doraźnym rozwiązaniem, bohaterów szybko nużą przesyt łatwych rozrywek i monotonia dni spędzanych na zabijaniu czasu. Wakacje z dala od codzienności oferują iluzję jego zawieszenia, by móc dokonać introspekcji, zdefiniować siebie na nowo. Pytanie tylko: z jakiego słownika się wówczas korzysta?
Wokabularz taki podsuwa Idzie wytworna i pewna siebie Pola, do której, podobnie jak do innych przedstawicieli wyższych sfer, tłumaczka czuje mieszaninę zazdrości przechodzącej w nienawiść oraz podziwu. Idę uwodzi dolce vita młodej dziedziczki rezydencji – przyglądając się stylowi życia gospodyni i otaczającemu ją przepychowi, przybyszka nabywa fałszywych pragnień. Dotychczasowa tożsamość zdaje się jej uwierająca, nieprzystająca do zamożnego środowiska, przede wszystkim zaś niewystarczająca. Ida nie jest dziecinną, prostoduszną Marysią z „Panny Nikt” – samokrytycznie roztrząsa aspiracje do kręgu „bogoli” (s. 50) i konieczność pozostania na zawsze tą samą osobą, wciśniętą w społeczny uniform. Właśnie Pola uzmysławia jej, iż nic nie stoi na przeszkodzie, by swobodnie testować alternatywne wersje siebie: „[N]ie zauważasz, że w sumie to jesteś wykształconą laską z bogatej Północy. Z tego, co wiem, nie masz długów i nie jesteś śmiertelnie chora. A mimo to zachowujesz się, jakby już wszystko było dla ciebie skończone” (s. 159). Kusi Idę, uchylając przed nią drzwi do krainy bez troski o jutro, a choć nie ma cech diabolicznych, działa niczym katalizator zmian.
W jeszcze większym stopniu takim wyzwalaczem staje się syn współwłaścicieli willi, dwudziestoletni Julian – adept astrologii, który układa wspomnianej trójce bohaterów kosmogramy i stawia tarota. W razie przypuszczeń, że ten (bądź co bądź tytułowy) wątek został wprowadzony ad hoc, warto zajrzeć chociażby do „Ucieczki od bezradności” Tomasza Stawiszyńskiego, gdzie autor zastanawia się nad współczesnym renesansem astrologii, która okazuje się intrygującą odpowiedzią na nadwątlenie racjonalnych fundamentów rzeczywistości, zaspokajającą potrzeby emocjonalno-poznawcze. Marcisz jej siłę i atrakcyjność upatruje w tym, że nie musi być prawdziwa na poziomie faktów czy logiki; ważne, by była prawdziwa i skuteczna w sensie psychologicznym. Uwypukla też podobieństwo astrologii do literatury: fikcja wszak sytuuje się poza opozycją prawdy i fałszu, a jej prawdziwość stanowi funkcję bycia przekonującą historią, która rezonuje w odbiorcy (zob. Wojtaszczyk 2024).
Julian wmawia Maksowi i Idzie, że bieg spraw jest zapisany w górze, co tworzy arcygroźną kombinację z argumentacją Poli, iż nie są ograniczeni w swoich wyborach, o ile pokonają wyimaginowane bariery. Skoro z perspektywy astrologii można zrzucić wszystko na przeznaczenie, znika problem podkreślany przez egzystencjalistów, czyli nieznośne brzemię wolności, absolutna odpowiedzialność człowieka za podejmowane decyzje. W tym miejscu rozmijam się z Idą, z którą chyba sporo osób (nie tylko rówieśników) może się identyfikować w bólu istnienia, poczuciu niedosytu i pustki (o zwykłym przepracowaniu już nie mówię). Bohaterka bowiem najwyraźniej wyolbrzymia swoje trudności finansowe, nie docenia tego, co posiada (choćby narzeczonego, jakiego ze świecą szukać), ani nie dojrzała do miłości, którą myli z pożądaniem i po której oczekuje ciągłych fajerwerków. Naturalnie, przewidywalność małej stabilizacji czasami przytłacza (któż z nas nie fantazjował o byciu niebieskim ptakiem?); szkopuł w tym, że impulsywne przestawienie życiowej wajchy na ogół pociąga za sobą zniszczenia, a spalenie za sobą mostów oznacza brak odwrotu – trzeba brnąć dalej po omacku. Autor „Znaków zodiaku” zdaje się sugerować optymistycznie, że kryzysy z definicji zawierają pierwiastek twórczy i uzdrowicielski, lecz przecież wiele z nich skutkuje rozpadem i przymusem ponoszenia konsekwencji własnych (i cudzych) błędów.
Jeszcze bardziej ambiwalentne emocje niż Ida wzbudza Maks, dzielący dużo cech z poprzednimi protagonistami Marcisza (imię na „M”, bycie gejem, aspiracje artystyczne, pewne rysy autobiograficzne). Jest poczytnym pisarzem, którego do czołówki popularności wywindowało szokująco bezpardonowe przedstawienie domu rodzinnego oraz mozolnego wspinania się po drabinie społecznej, przy którym wydobycie się Wokulskiego z metaforycznej piwnicy to pestka. Obraz nędzy i upodlenia okazuje się jednak sfabrykowany, a literat-mitoman ma od niedawna powody, by bać się zdemaskowania. Jeśli więc dokonuje obserwacji w imieniu autora oraz stanowi kolejną mutację jego alter ego, to został przezeń nader przewrotnie skonstruowany – jako odpychający cynik, który traktuje ludzi instrumentalnie i którego motywację trudno usprawiedliwić. Mimo wszystko Marcisz czyni go poniekąd ofiarą systemu, czego dowód znalazłam mimochodem w (pseudo)wywiadzie promującym książkę: „Maks jest bohaterem dzisiejszych czasów – tworzy opowieść o swoim życiu z kawałków cudzych biografii, jest tożsamościowym Frankensteinem. Gra w grę, której reguł nie wymyślił, do pewnego stopnia są one narzucone. Czy możemy go winić?” (Gazeta.pl, link w bibliografii).
Jego kazus kieruje na różnice klasowe odmienne światło niż przypadek Idy, pozwala bowiem rozpatrywać je jako modny i kontrowersyjny temat literatury autobiograficznej. Mało tego, nazwisko protagonisty (Ludwik) powstało ze spolszczenia nazwiska Édouarda Louisa, który pisarską sławę zawdzięcza powieściom poświęconym własnemu robotniczemu pochodzeniu i awansowi, a splatającym fakty z… faktami wątpliwej jakości. Inne przykłady omawianego boomu można wyliczyć bez wahania, na czele z nagrodzonym Noblem w 2022 roku sui generis osobistym studium społecznym w prozie Annie Ernaux. Jej podejście ośmieliło do podobnej wiwisekcji choćby Didiera Eribona w głośnym „Powrocie do Reims”, charakteryzowanym w materiałach od wydawcy jako „[a]natomia społecznego wstydu i wykluczenia”, której autor „[w]raca na prowincję, do rodzinnego domu i opisuje wszystko to, czego zawsze tak bardzo się wstydził i przed czym uciekał: poczucie krzywdy, upokorzenia, potrzebę społecznego uznania”. Przytoczony opis mógłby widnieć na publikacjach Maksa, bliskiego też Karlowi Ovemu Knausgårdowi, który w cyklu „Moja walka” odsłonił nieraz intymne i wstydliwe detale z życia krewnych i znajomych. (Notabene, dylematy etyczne związane z takim wykorzystaniem „danych wrażliwych” akcentował Marcisz już w „Taśmach rodzinnych”).
Refleksja nad tą profuzją pojawia się w „Znakach zodiaku” za sprawą dziewczyny prowadzącej spotkanie autorskie z bohaterem: „Pana książki wpisują się w szersze narodowe przebudzenie. Nagle odkrywamy swoje chłopskie korzenie, poznajemy historię naszych dziadków i babek, zaczynamy rozmawiać o przywileju. Jak pan sądzi, dlaczego akurat teraz?” (s. 17). Na polskim gruncie chodzi zwłaszcza o reportaże historyczne i prace z antropologii historii wyznaczające tzw. zwrot ludowy, ale powstaje także proza autobiograficzna, którą można włożyć do „przepastnego wora ze stemplem »inteligenckie opowieści o awansie klasowym«” (Kulpa 2024). Recenzentka, z której tekstu zaczerpnęłam to sformułowanie, w omówieniu jednej z książek zaliczonych do owego nurtu bardzo wysoko stawia im poprzeczkę, a w rezultacie autorowi tej konkretnej zarzuca brak rzeczywistego obnażania struktur społecznych oraz potwierdzanie politycznego i literackiego status quo. Słowem: uważa, że nie podejmuje on krytyki środowiska, do którego się dostał, ani nie problematyzuje pozycji, z jakiej przemawia do czytelników, i norm rządzących własnym dyskursem. Z kolei Marcisz co prawda w swojej „lekkiej” powieści pół drwiąco, pół pobłażliwie sygnalizuje zasady literackiego światka, kwestie uprzywilejowania, wzajemnej adoracji, niepewności finansowej i wysiłków, by utrzymać się w rankingu autorów bestsellerów, lecz może tak robić, skoro używa w tym celu fikcyjnej postaci, której pozwolił na blamaż. Na marginesie: smutna to konstatacja, że rynek książki, podobnie jak polityka, karmi się skandalami, które tylko napędzają klikalność czy popyt.
Jakkolwiek zatem błahe lub wydumane mogą się wydawać „Znaki zodiaku”, zahaczają o zagadnienia domagające się namysłu, takie jak nieprzejrzystość tożsamości i współczesna konieczność jej ciągłego kreowania, odpowiedzialność jednostek i systemu za nierówności społeczne i rywalizację, iluzoryczność relacji międzyludzkich, konsumpcjonizm i mechanizmy kapitalizmu, powszechne dążenie do zmiany swego statusu i bycia akceptowanym, stopień, w jakim jesteśmy zdeterminowani przez pochodzenie klasowe (w ciekawym kontekście: czy bardziej warunkuje naszą przyszłość los zapisany w gwiazdach w momencie narodzin). Na szczęście powieść przynosi więcej pytań niż odpowiedzi, a jeśli w którymś miejscu wyłaniają się banały lub patos, zawczasu podcina je ironia. „Nadal nie ma pojęcia, gdzie powinien iść i czego pragnąć” – informuje narrator, by zaraz dorzucić: „Decyduje się zrobić to, co robi zawsze, kiedy nie wie, co począć ze swoim życiem: idzie do Rossmanna” (s. 38). A skoro już wyskoczyła tu reklama niesponsorowana, pozwolę sobie przypomnieć dawny slogan tej sieci drogerii: „Pragnienia i potrzeby”. Może bohaterowie po prostu przesadnie koncentrują się na pierwszych kosztem drugich? Albo w ogóle – na własnych pragnieniach i potrzebach? Może problemem millenialsów ukazywanych kolejny raz przez Marcisza nie jest tożsamość rozbita na miriady kawałków, tylko przeciwnie – nadmiernie wybujałe ego?
Podsumowując: czy warto sięgnąć po „Znaki zodiaku”? Nasuwa się żartobliwa uwaga, że sprawiają wrażenie wyimka z dłuższej całości, więc nawet jeśli nie przypadną odbiorcy do gustu, to nie straci dużo czasu – ot, są pozycją akurat do poczytania nad basenem (choćby miejskim, niekoniecznie prywatnym w Toskanii). Skądinąd potoczysta narracja, plastyczne dekoracje, liczne dialogi, swoisty podział na sceny i ujęcia nadają im specyficznie kinowy charakter. Napomknęłam już o pokrewieństwie z filmem Ozona, dodatkowo można przywołać będących inspiracją Marcisza „Nienasyconych” Luki Guadagnina (tu zresztą też ważnym „rekwizytem” jest basen) czy powinowactwa fabularne z „Utalentowanym panem Ripleyem” (wyjazd na zaproszenie do Włoch i niezdrowa fascynacja bogatym utracjuszem). A wracając do „dłuższej całości”: zakończenie otwarte pozostawia przestrzeń na dalsze losy postaci. Sequele jednak zazwyczaj nieźle się sprzedają, lecz jakością nieczęsto dorównują pierwowzorom.
Czy Maks, mający na koncie przejaskrawioną trylogię quasi-autobiograficzną, napisze kiedyś „Przeciętność”? Można wyłącznie zgadywać, czy dowiemy się tego z czwartej powieści Marcisza, ale za dwa, trzy lata spodziewam się następnego portretu rówieśników z jego otoczenia. Bo przecież zapracował sobie na etykietkę autora, który – acz z przymrużeniem oka – godzi się na uchodzenie za ich polskiego niby-trybuna („my, millenialsi” [s. 108]), z racji czego bywa zestawiany z Sally Rooney. (Co więcej, w „Gdzie jesteś, piękny świecie?” akcja częściowo dzieje się w Rzymie, a bohaterki, z których jedna jest pisarką, wymieniają obszerne filozoficzne e-maile – por. wiadomości Idy do Maksa; w „Rozmowach z przyjaciółmi” napotkamy neurotyczną początkującą literatkę Frances, wypad do rezydencji we Francji i romans, wszędzie zaś – wałkowane przez Irlandkę problemy opinii i hierarchii społecznej). Oczywiście przy założeniu, że pojęcie „millenialsi” to nie tylko chwytliwy konstrukt badawczy ani ów skromny odsetek ludzi urodzonych między połową lat 80. a połową lat 90., który załapał się do wyższej klasy średniej.
Czy zatem powieść Marcisza faktycznie stanowi „lekką lekturę wakacyjną”? Jak wspomniałam, cechuje ją lekkość rozumiana jako przystępność językowa, łatwostrawność, niestwarzanie odbiorcy wyzwania pod względem formy, natomiast za pozornie lekką treścią kryje się nieznośna lekkość bytu, nasączona upałem atmosfera dekadenckiego high life’u. Przypuszczalnie część czytelników stwierdzi też, że „Znaki zodiaku” nie są lekkie, bo – jak błyskotliwie zauważył autor profilu „Kusi na Kulturę” – „to dla mnie książka z kategorii »Jestem na tym zdjęciu i wcale mi się to nie podoba«”. Nawet jeśli nie zawiera ona ani szerokiej panoramy społecznej, ani wyrafinowanych analiz rzeczywistości, to w atrakcyjny mainstreamowo sposób wskazuje aktualne kwestie zasługujące na pogłębioną refleksję – nie tylko w obliczu kryzysu wieku średniego, kryzysu tożsamości, kryzysu psychicznego czy „po prostu” globalnego. Ale czy nie dostrzegam w niej więcej, niż oferuje; czy nie wydaje się mimo wszystko lekką lekturą wakacyjną w sensie: jednorazową, niezaprzątającą myśli dłużej niż do zamknięcia okładki? Cóż, podobnie jak w przypadku astrologii, decydują nastawienie i autosugestia – wszak „[r]eakcja na przepowiednię sama w sobie jest najlepszą przepowiednią” (s. 89). A recenzentka jedynie stawia tarota.
Literatura:
Brzeziński W.: „Lego dla dorosłych. Jak milenialsi zmienili bankrutującą firmę w największego producenta zabawek na świecie”. „Tygodni Powszechny” [online], 4.06.2024. https://www.tygodnikpowszechny.pl/lego-dla-doroslych-jak-milenialsi-zmienili-bankrutujaca-firme-w-najwiekszego-producenta-zabawek-na
Drenda O.: „Koniec świata millenialsów. Ich wczesna dorosłość przypadła na czas wielkich obietnic – ile wyszło z przyszłości?”. „Tygodnik Powszechny” [online], 25.06.2024. https://www.tygodnikpowszechny.pl/koniec-swiata-millenialsow-ich-wczesna-doroslosc-przypadla-na-czas-wielkich-obietnic-ile-wyszlo-z.
Kulpa K.: „Spektakl awansu” [recenzja]. „Mały Format” 2024, nr 3/4. http://malyformat.com/2024/05/spektakl-awansu/.
Marcisz M.: „Książka o przyjaźni”. W.A.B., Warszawa 2021.
Wojtaszczyk J.: „Maciej Marcisz o kryzysie tożsamości millenialsów [rozmowa]”. Kultura u Podstaw, 28.06.2024. https://kulturaupodstaw.pl/maciej-marcisz-o-kryzysie-tozsamosci-millenialsow/.
[Wpis nt. „Znaków zodiaku”]. Profil „Kusi na Kulturę”. Facebook, 29.05.2024. https://www.facebook.com/photo.php?fbid=971963588265729&id=100063562899508&set=a.470757998386293.
„»Znaki zodiaku«, czyli ta jedna książka na lato. Oto powieść, w której odnajdzie się wiele z nas”. Gazeta.pl (dział Kutura), 5.06.2024. https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,119873,31029081,znaki-zodiaku-czyli-ta-jedna-ksiazka-na-lato-oto-powiesc-w.html.
Tymczasem towarzyszący owej bohaterce Maks i Pola w sprzyjających okolicznościach bez zażenowania zachowują się jak trzpiotowate nastolatki. Czy ta infantylizacja nosi znamiona karykatury? Ostatnio ukazał się felieton Olgi Drendy poświęcony millenialsom, którego nagłówek mógłby stanowić część blurbu nowej książki Marcisza: „O tym pokoleniu mówiono, że jest zatrzymane w czasie, w niekończącej się młodości. Dziś, wchodząc w smugę cienia, zaczyna być wykpiwane” (Drenda 2024). Z uwagą antropolożki jakby dialoguje narrator „Znaków zodiaku” relacjonujący myśli Maksa: „Nie mogę się doczekać, aż kolejne pokolenie znajdzie dowody na to, że zetki też są śmieszne. Kiedy ich też przestanie chronić pancerz młodości, tak jak nas przestał” (s. 109). Z czego więc naigrawa się generacja Z? Jak można wnioskować (bardzo generalizując), w jej oczach millenialsi bywają pozerami, a jednocześnie zakompleksionymi, zagubionymi przegrywami, chociaż ukształtował ich ideał self-made (wo)man. „Wyszliśmy z domu po lockdownie i odkryliśmy, że przestaliśmy być młodzi, a nadal nie jesteśmy bogaci” (s. 109) – stwierdza narrator w imieniu protagonisty. Kres młodości nie przeszkadza przedstawicielom tych roczników pozostać wielbicielami „Harry’ego Pottera”, którzy wciąż oczekują na list z Hogwartu (motyw ze „Znaków zodiaku”), zakłopotanymi swoją niedojrzałością, lecz zarazem nią epatującymi. Są oni „pierwszym pokoleniem, które nie wstydzi się ekscytować »dziecinną« popkulturą. To milenialsi [!] odpowiadają za popularność klocków Lego (…)” (Brzeziński 2024). Co ciekawe, fragment dotyczący tej zabawki pojawia się również w omawianej książce: „Wszystkie elementy Duplo sugerują harmonię, świat bez konfliktów i przemocy” (s. 39).
Czy w samych „Znakach zodiaku” widzimy taką uładzoną rzeczywistość? Wskazywałyby na to zapowiedzi ich jako lekkiej powieści wakacyjnej. A wszak kryzys wieku średniego, nieraz traktowany lekceważąco, jest poważną sprawą: momentem – by powtórzyć inicjalny wers Dantejskiej „Boskiej komedii” – „w życia wędrówce na połowie czasu”, kiedy następuje zmiana perspektywy. Spoglądamy wstecz i w przód, obserwujemy dorastające dzieci oraz starzejących się i odchodzących rodziców, rozważamy, kim jeszcze mamy szansę się stać, gdy coraz więcej dróg się zamyka; zaczynamy czuć niespełnienie, coraz mocniej żałować przeszłości i martwić się o przyszłość, a co najistotniejsze – musimy zmierzyć się ze swoją śmiertelnością, chociaż (lub właśnie dlatego, że) „[w]szystko w człowieku jest rozpraszaniem myśli o śmierci” (s. 62).
Ale załamania nerwowego Idy nie wywołał jedynie ów przełom egzystencjalny. Świat przecież (powieściowy i – a minori ad maius – realny) nie oferuje harmonii i obfituje w konflikty. Jak zauważa antropolożka: „Dzisiaj jest wszędzie bardziej bezwzględnie, wyczerpująco i złowrogo [niż w pierwszej dekadzie XXI w. – K.Sz.]. Nic dziwnego, że można osiwieć” (Drenda 2024). Nic też dziwnego, że komunałem stało się już nazywanie depresji współczesną epidemią, która dotyka ludzi w różnym wieku i w różnych częściach globu, żyjących w Baumanowskiej płynnej nowoczesności, w poczuciu niepewności, a wręcz ciągłego zagrożenia – wojnami, klęskami żywiołowymi i katastrofą klimatyczną, masowymi chorobami, niestabilną sytuacją gospodarczą, nieobliczalnymi skutkami rozwoju AI… Ciąży na nas presja nierzadko sprzecznych wymogów społecznych: kultu wiecznej młodości, dawania z siebie maksimum i perfekcjonizmu w pracy, zaangażowania rodzicielskiego, postawy proekologicznej, samorozwoju duchowego oraz konsumpcjonizmu („must have”), przy czym niewidzialna ręka rynku zaciska się na gardle prekariuszy, podczas gdy gigakoncerny wychodzą cało nawet z największych opresji. Przejmująca się swoim położeniem finansowym i cierpiąca na wypalenie zawodowe tłumaczka Ida wyraża skumulowaną frustrację dosadnym „[n]osz kurwa” (s. 22). (Z zawodowego obowiązku podkreślę, że zgodnie z ortografią pierwszy człon należało zapisać: „noż” – polecam poradnik „Ożeż ty!, polszczyzno” Macieja Malinowskiego). W książce Marcisza napotkamy jednak sporo przenikliwszych komentarzy do rzeczywistości społeczno-politycznej, rozdzielonych między narratora a bohaterów, np.: „W dobie kryzysu psychicznego terapeuci i psychiatrzy stali się jakąś nową arystokracją (…)” (s. 22); „Rozmiary wnętrza [biurowca – K.Sz.] imponują bezsensownością, czystą i złowieszczą satysfakcją z możliwości zmarnotrawienia tak ogromnej przestrzeni” (s. 32); „Mam wrażenie, że wszystko może być uznane za antykapitalistyczne, jeśli tylko dobrze to opowiesz. Szczególnie kiedy chcesz to sprzedać” (s. 86).
Ta ostatnia kwestia – sprzedania właściwie zbudowanej historii – wiąże się bezpośrednio z wątkiem pisarza Maksa, a zarazem z innym kryzysem, który trzeba by tu wyróżnić: kryzysem tożsamości jako takiej i jej paradoksalną naturą w dobie Internetu. Z jednej strony bowiem ona również została utowarowiona przez kapitalizm, co wymaga od niej wyrazistości, przyciągania uwagi in plus lub in minus, czyli bycia medialną; z drugiej strony natomiast social mediami rządzi logika nieustannego zakładania masek. Oczywiście, już Erving Goffman w klasycznej pozycji „Człowiek w teatrze życia codziennego” wykorzystał tę metaforykę do opisu interakcji społecznych, lecz pod koniec lat 50. zapewne nie wyobrażał sobie, w jaki sposób będzie się tworzyć z własnej egzystencji spektakl na użytek wirtualnych obserwujących (zresztą teatralizację życia i „udostępnianie” jego cząstek przez millenialsów pokazywał Marcisz także w „Książce o przyjaźni”). W tym punkcie stykają się oba bieguny rzeczonego paradoksu: ponieważ tożsamość stała się produktem, powinna być atrakcyjna, dlatego kreowanie swego wizerunku oznacza obecnie konieczność, od której zależy powodzenie (przeciętny i pochodzący znikąd Maks „[m]usiał się ulepszyć przez pogorszenie” [s. 164]). Jednocześnie tożsamość nie stanowi już całościowego obrazu niepowtarzalnej jaźni, lecz fragmentaryczny i kontekstualny konstrukt montowany z prefabrykatów – paradę sieciowych symulakrów. „[J]eszcze nie wiem, kim dzisiaj jestem” (s. 19) – wyznaje protagonista, a „dzisiaj” można rozumieć albo jako „na tym etapie życia”, albo jako „w odróżnieniu od wczoraj i od jutra”. Ale przecież nie tylko typy tak chorobliwie ambitne jak on czują lęk przed – tę frazę też zapożyczam z felietonu Drendy – grozą nieistotności. Znajdująca się nagle wśród beau monde’u Ida „[p]ostanawia wyjść, nie chce zostać przyłapana na byciu nikim” (s. 180).
Nieprzypadkowo również w najnowszej powieści Marcisza wyjątkową rolę odgrywa przyjaźń; wszak właśnie „powinowaci z wyboru” winni pod tą wielością masek, wyselekcjonowanych publicznych image’ów, dostrzegać nasze prawdziwe „ja”, czasem – uświadamiać nam rozziew pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym, jakimi się sobie wydajemy. W „Książce o przyjaźni” okazuje się jednak, że niegdysiejsze bratnie dusze mogą się zmienić do tego stopnia, iż trudno uwierzyć, że łączyła je zażyłość; w „Znakach zodiaku” z kolei bohaterowie orientują się, że na wpół korespondencyjna relacja była złudna, wiedza o bliskiej osobie zaś – oparta na spreparowanych „faktach”. Omawiana powieść może wręcz ilustrować hasło „piekło to inni” w sensie, w którym użył go Jean-Paul Sartre w „Przy drzwiach zamkniętych”: człowiek pożąda cudzej akceptacji i uzależnia od niej samoakceptację, przegląda się w otaczających ludziach, a konfrontacja z nimi zmusza go do borykania się z odpowiedzialnością za dawne błędy. Niemniej piekło osądu innych stanowi jedynie refleks piekła w nas samych, Jungowskiego Cienia; nie tylko zatem każe nam wiecznie rozpamiętywać przeszłość, lecz także ujawnia drzemiący w każdym dwoisty potencjał. Słowem: inni pokazują nie tylko, kim byliśmy i jesteśmy, lecz także – kim możemy się stać. Jeśli bowiem nie posiadamy solidnej tożsamości (kręgosłupa), cóż nas ogranicza i co mamy do stracenia? Dlatego postacie drugoplanowe z książki Marcisza przypominają w swej funkcji po trosze Mefistofelesa z „Fausta”, po trosze koleżanki nęcące wyzwoleniem i luksusem demoralizujące bohaterkę „Panny Nikt”, aczkolwiek „Znakom zodiaku” daleko, oczywiście, do psychodeliczności prozy Tomka Tryzny.
W rolę tego, kto wystawia na próbę, wciela się wzmiankowana już Pola, współdziedziczka willi w Toskanii, dokąd zaprasza Maksa, a on – przyjaciółkę ze studiów Idę. Czy taki entourage może być przekonującym tłem zmagań z kryzysem psychicznym? Odpowiedzi negatywne znajdziemy choćby pod postem dotyczącym analizowanej tu powieści na facebookowym profilu „Kusi na Kulturę”: „Wiem, że odpowiadam na glorified reklamę, ale czy »millenialsi« znowu oznacza » 5% millenialsów, które miało wystarczająco szczęścia, aby załapać się do warszawskiej wyższej klasy średniej«?”; „Za sam wstęp o letnim wyjeździe do Toskanii, by ponarzekać, jak to nam jest źle, mówię książce: pa” (link w bibliografii). Pisarza nie sposób jednak posądzać o naiwność, np. w „Książce o przyjaźni” z (auto)ironią kontrastuje cierpienia mieszkańców Afganistanu czy Sudanu z „westchnienia[mi] uprzywilejowanych autorów i autorek globalnej Północy” (Marcisz 2021: 217), a w „Znakach zodiaku” nadmienia o pracownikach obsługi posiadłości, którzy uwijają się przed świtem i starają być niewidzialni, aby stwarzać pozory, że porządek sam się utrzymuje. Co więcej, wprowadzenie tak ryzykownego motywu stanowi bezpośrednią, przekorną aluzję do szablonowych fabuł w rodzaju „Pod słońcem Toskanii”, czyli trywialnej feel-good story proponującej mrzonkę, że rzucenie wszystkiego, wyjazd do pięknej Italii i praktykowanie maksymy carpe diem będzie antidotum na wszelkie problemy. (Notabene, bohaterka owej komedii liczy sobie 35 lat, zatem jest w wieku dzisiejszych millenialsów). Tak się składa, że nawet w tej chwili mój ulubiony serwis z e-bookami promuje na stronie głównej pewną nową powieść opisem: „To powinny być wymarzone wakacje. Sierpień, Włochy i zabytkowa willa z basenem w miasteczku nieopodal Neapolu”.
No właśnie: powinny być. W „Znakach zodiaku” mamy bowiem do czynienia z idyllicznością à rebours; wakacyjny wypad nie tylko nie likwiduje kłopotów, ale je wręcz potęguje. Otóż Marcisz nawiązuje przede wszystkim do takich narracji jak „Witaj, smutku” Françoise Sagan (lato w rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu, tragiczna gra rozkapryszonej nastolatki, z zakochanym chłopakiem, ojcem-donżuanem, jego kochanką i jego żoną in spe w roli pionków) czy film François Ozona „Basen” (posiadłość w Prowansji, pisarka przyjeżdżająca tam na zaproszenie, bezpruderyjna dziewczyna, intryga kryminalno-seksualna); skądinąd tę pierwszą wprost wyszczególnia na liście swoich inspiracji. W dodatku mała, zamknięta przestrzeń oraz kameralne grono postaci (wymienionych na początku niczym dramatis personae) wywołują skojarzenia z klasycznymi kryminałami (niebezpodstawne: „Teraz będzie musiał naprawdę unieszkodliwić tego detektywa z YouTube’a” [s. 69]). Uprzedzając dalszy wywód: nie może być mowy o „włoskiej sielance”, gdyż Ida i Maks zabierają do Toskanii własne demony – ciążący im bagaż tajemnic, kompleksów i wątpliwości tożsamościowych. Eskapizm okazuje się jedynie doraźnym rozwiązaniem, bohaterów szybko nużą przesyt łatwych rozrywek i monotonia dni spędzanych na zabijaniu czasu. Wakacje z dala od codzienności oferują iluzję jego zawieszenia, by móc dokonać introspekcji, zdefiniować siebie na nowo. Pytanie tylko: z jakiego słownika się wówczas korzysta?
Wokabularz taki podsuwa Idzie wytworna i pewna siebie Pola, do której, podobnie jak do innych przedstawicieli wyższych sfer, tłumaczka czuje mieszaninę zazdrości przechodzącej w nienawiść oraz podziwu. Idę uwodzi dolce vita młodej dziedziczki rezydencji – przyglądając się stylowi życia gospodyni i otaczającemu ją przepychowi, przybyszka nabywa fałszywych pragnień. Dotychczasowa tożsamość zdaje się jej uwierająca, nieprzystająca do zamożnego środowiska, przede wszystkim zaś niewystarczająca. Ida nie jest dziecinną, prostoduszną Marysią z „Panny Nikt” – samokrytycznie roztrząsa aspiracje do kręgu „bogoli” (s. 50) i konieczność pozostania na zawsze tą samą osobą, wciśniętą w społeczny uniform. Właśnie Pola uzmysławia jej, iż nic nie stoi na przeszkodzie, by swobodnie testować alternatywne wersje siebie: „[N]ie zauważasz, że w sumie to jesteś wykształconą laską z bogatej Północy. Z tego, co wiem, nie masz długów i nie jesteś śmiertelnie chora. A mimo to zachowujesz się, jakby już wszystko było dla ciebie skończone” (s. 159). Kusi Idę, uchylając przed nią drzwi do krainy bez troski o jutro, a choć nie ma cech diabolicznych, działa niczym katalizator zmian.
W jeszcze większym stopniu takim wyzwalaczem staje się syn współwłaścicieli willi, dwudziestoletni Julian – adept astrologii, który układa wspomnianej trójce bohaterów kosmogramy i stawia tarota. W razie przypuszczeń, że ten (bądź co bądź tytułowy) wątek został wprowadzony ad hoc, warto zajrzeć chociażby do „Ucieczki od bezradności” Tomasza Stawiszyńskiego, gdzie autor zastanawia się nad współczesnym renesansem astrologii, która okazuje się intrygującą odpowiedzią na nadwątlenie racjonalnych fundamentów rzeczywistości, zaspokajającą potrzeby emocjonalno-poznawcze. Marcisz jej siłę i atrakcyjność upatruje w tym, że nie musi być prawdziwa na poziomie faktów czy logiki; ważne, by była prawdziwa i skuteczna w sensie psychologicznym. Uwypukla też podobieństwo astrologii do literatury: fikcja wszak sytuuje się poza opozycją prawdy i fałszu, a jej prawdziwość stanowi funkcję bycia przekonującą historią, która rezonuje w odbiorcy (zob. Wojtaszczyk 2024).
Julian wmawia Maksowi i Idzie, że bieg spraw jest zapisany w górze, co tworzy arcygroźną kombinację z argumentacją Poli, iż nie są ograniczeni w swoich wyborach, o ile pokonają wyimaginowane bariery. Skoro z perspektywy astrologii można zrzucić wszystko na przeznaczenie, znika problem podkreślany przez egzystencjalistów, czyli nieznośne brzemię wolności, absolutna odpowiedzialność człowieka za podejmowane decyzje. W tym miejscu rozmijam się z Idą, z którą chyba sporo osób (nie tylko rówieśników) może się identyfikować w bólu istnienia, poczuciu niedosytu i pustki (o zwykłym przepracowaniu już nie mówię). Bohaterka bowiem najwyraźniej wyolbrzymia swoje trudności finansowe, nie docenia tego, co posiada (choćby narzeczonego, jakiego ze świecą szukać), ani nie dojrzała do miłości, którą myli z pożądaniem i po której oczekuje ciągłych fajerwerków. Naturalnie, przewidywalność małej stabilizacji czasami przytłacza (któż z nas nie fantazjował o byciu niebieskim ptakiem?); szkopuł w tym, że impulsywne przestawienie życiowej wajchy na ogół pociąga za sobą zniszczenia, a spalenie za sobą mostów oznacza brak odwrotu – trzeba brnąć dalej po omacku. Autor „Znaków zodiaku” zdaje się sugerować optymistycznie, że kryzysy z definicji zawierają pierwiastek twórczy i uzdrowicielski, lecz przecież wiele z nich skutkuje rozpadem i przymusem ponoszenia konsekwencji własnych (i cudzych) błędów.
Jeszcze bardziej ambiwalentne emocje niż Ida wzbudza Maks, dzielący dużo cech z poprzednimi protagonistami Marcisza (imię na „M”, bycie gejem, aspiracje artystyczne, pewne rysy autobiograficzne). Jest poczytnym pisarzem, którego do czołówki popularności wywindowało szokująco bezpardonowe przedstawienie domu rodzinnego oraz mozolnego wspinania się po drabinie społecznej, przy którym wydobycie się Wokulskiego z metaforycznej piwnicy to pestka. Obraz nędzy i upodlenia okazuje się jednak sfabrykowany, a literat-mitoman ma od niedawna powody, by bać się zdemaskowania. Jeśli więc dokonuje obserwacji w imieniu autora oraz stanowi kolejną mutację jego alter ego, to został przezeń nader przewrotnie skonstruowany – jako odpychający cynik, który traktuje ludzi instrumentalnie i którego motywację trudno usprawiedliwić. Mimo wszystko Marcisz czyni go poniekąd ofiarą systemu, czego dowód znalazłam mimochodem w (pseudo)wywiadzie promującym książkę: „Maks jest bohaterem dzisiejszych czasów – tworzy opowieść o swoim życiu z kawałków cudzych biografii, jest tożsamościowym Frankensteinem. Gra w grę, której reguł nie wymyślił, do pewnego stopnia są one narzucone. Czy możemy go winić?” (Gazeta.pl, link w bibliografii).
Jego kazus kieruje na różnice klasowe odmienne światło niż przypadek Idy, pozwala bowiem rozpatrywać je jako modny i kontrowersyjny temat literatury autobiograficznej. Mało tego, nazwisko protagonisty (Ludwik) powstało ze spolszczenia nazwiska Édouarda Louisa, który pisarską sławę zawdzięcza powieściom poświęconym własnemu robotniczemu pochodzeniu i awansowi, a splatającym fakty z… faktami wątpliwej jakości. Inne przykłady omawianego boomu można wyliczyć bez wahania, na czele z nagrodzonym Noblem w 2022 roku sui generis osobistym studium społecznym w prozie Annie Ernaux. Jej podejście ośmieliło do podobnej wiwisekcji choćby Didiera Eribona w głośnym „Powrocie do Reims”, charakteryzowanym w materiałach od wydawcy jako „[a]natomia społecznego wstydu i wykluczenia”, której autor „[w]raca na prowincję, do rodzinnego domu i opisuje wszystko to, czego zawsze tak bardzo się wstydził i przed czym uciekał: poczucie krzywdy, upokorzenia, potrzebę społecznego uznania”. Przytoczony opis mógłby widnieć na publikacjach Maksa, bliskiego też Karlowi Ovemu Knausgårdowi, który w cyklu „Moja walka” odsłonił nieraz intymne i wstydliwe detale z życia krewnych i znajomych. (Notabene, dylematy etyczne związane z takim wykorzystaniem „danych wrażliwych” akcentował Marcisz już w „Taśmach rodzinnych”).
Refleksja nad tą profuzją pojawia się w „Znakach zodiaku” za sprawą dziewczyny prowadzącej spotkanie autorskie z bohaterem: „Pana książki wpisują się w szersze narodowe przebudzenie. Nagle odkrywamy swoje chłopskie korzenie, poznajemy historię naszych dziadków i babek, zaczynamy rozmawiać o przywileju. Jak pan sądzi, dlaczego akurat teraz?” (s. 17). Na polskim gruncie chodzi zwłaszcza o reportaże historyczne i prace z antropologii historii wyznaczające tzw. zwrot ludowy, ale powstaje także proza autobiograficzna, którą można włożyć do „przepastnego wora ze stemplem »inteligenckie opowieści o awansie klasowym«” (Kulpa 2024). Recenzentka, z której tekstu zaczerpnęłam to sformułowanie, w omówieniu jednej z książek zaliczonych do owego nurtu bardzo wysoko stawia im poprzeczkę, a w rezultacie autorowi tej konkretnej zarzuca brak rzeczywistego obnażania struktur społecznych oraz potwierdzanie politycznego i literackiego status quo. Słowem: uważa, że nie podejmuje on krytyki środowiska, do którego się dostał, ani nie problematyzuje pozycji, z jakiej przemawia do czytelników, i norm rządzących własnym dyskursem. Z kolei Marcisz co prawda w swojej „lekkiej” powieści pół drwiąco, pół pobłażliwie sygnalizuje zasady literackiego światka, kwestie uprzywilejowania, wzajemnej adoracji, niepewności finansowej i wysiłków, by utrzymać się w rankingu autorów bestsellerów, lecz może tak robić, skoro używa w tym celu fikcyjnej postaci, której pozwolił na blamaż. Na marginesie: smutna to konstatacja, że rynek książki, podobnie jak polityka, karmi się skandalami, które tylko napędzają klikalność czy popyt.
Jakkolwiek zatem błahe lub wydumane mogą się wydawać „Znaki zodiaku”, zahaczają o zagadnienia domagające się namysłu, takie jak nieprzejrzystość tożsamości i współczesna konieczność jej ciągłego kreowania, odpowiedzialność jednostek i systemu za nierówności społeczne i rywalizację, iluzoryczność relacji międzyludzkich, konsumpcjonizm i mechanizmy kapitalizmu, powszechne dążenie do zmiany swego statusu i bycia akceptowanym, stopień, w jakim jesteśmy zdeterminowani przez pochodzenie klasowe (w ciekawym kontekście: czy bardziej warunkuje naszą przyszłość los zapisany w gwiazdach w momencie narodzin). Na szczęście powieść przynosi więcej pytań niż odpowiedzi, a jeśli w którymś miejscu wyłaniają się banały lub patos, zawczasu podcina je ironia. „Nadal nie ma pojęcia, gdzie powinien iść i czego pragnąć” – informuje narrator, by zaraz dorzucić: „Decyduje się zrobić to, co robi zawsze, kiedy nie wie, co począć ze swoim życiem: idzie do Rossmanna” (s. 38). A skoro już wyskoczyła tu reklama niesponsorowana, pozwolę sobie przypomnieć dawny slogan tej sieci drogerii: „Pragnienia i potrzeby”. Może bohaterowie po prostu przesadnie koncentrują się na pierwszych kosztem drugich? Albo w ogóle – na własnych pragnieniach i potrzebach? Może problemem millenialsów ukazywanych kolejny raz przez Marcisza nie jest tożsamość rozbita na miriady kawałków, tylko przeciwnie – nadmiernie wybujałe ego?
Podsumowując: czy warto sięgnąć po „Znaki zodiaku”? Nasuwa się żartobliwa uwaga, że sprawiają wrażenie wyimka z dłuższej całości, więc nawet jeśli nie przypadną odbiorcy do gustu, to nie straci dużo czasu – ot, są pozycją akurat do poczytania nad basenem (choćby miejskim, niekoniecznie prywatnym w Toskanii). Skądinąd potoczysta narracja, plastyczne dekoracje, liczne dialogi, swoisty podział na sceny i ujęcia nadają im specyficznie kinowy charakter. Napomknęłam już o pokrewieństwie z filmem Ozona, dodatkowo można przywołać będących inspiracją Marcisza „Nienasyconych” Luki Guadagnina (tu zresztą też ważnym „rekwizytem” jest basen) czy powinowactwa fabularne z „Utalentowanym panem Ripleyem” (wyjazd na zaproszenie do Włoch i niezdrowa fascynacja bogatym utracjuszem). A wracając do „dłuższej całości”: zakończenie otwarte pozostawia przestrzeń na dalsze losy postaci. Sequele jednak zazwyczaj nieźle się sprzedają, lecz jakością nieczęsto dorównują pierwowzorom.
Czy Maks, mający na koncie przejaskrawioną trylogię quasi-autobiograficzną, napisze kiedyś „Przeciętność”? Można wyłącznie zgadywać, czy dowiemy się tego z czwartej powieści Marcisza, ale za dwa, trzy lata spodziewam się następnego portretu rówieśników z jego otoczenia. Bo przecież zapracował sobie na etykietkę autora, który – acz z przymrużeniem oka – godzi się na uchodzenie za ich polskiego niby-trybuna („my, millenialsi” [s. 108]), z racji czego bywa zestawiany z Sally Rooney. (Co więcej, w „Gdzie jesteś, piękny świecie?” akcja częściowo dzieje się w Rzymie, a bohaterki, z których jedna jest pisarką, wymieniają obszerne filozoficzne e-maile – por. wiadomości Idy do Maksa; w „Rozmowach z przyjaciółmi” napotkamy neurotyczną początkującą literatkę Frances, wypad do rezydencji we Francji i romans, wszędzie zaś – wałkowane przez Irlandkę problemy opinii i hierarchii społecznej). Oczywiście przy założeniu, że pojęcie „millenialsi” to nie tylko chwytliwy konstrukt badawczy ani ów skromny odsetek ludzi urodzonych między połową lat 80. a połową lat 90., który załapał się do wyższej klasy średniej.
Czy zatem powieść Marcisza faktycznie stanowi „lekką lekturę wakacyjną”? Jak wspomniałam, cechuje ją lekkość rozumiana jako przystępność językowa, łatwostrawność, niestwarzanie odbiorcy wyzwania pod względem formy, natomiast za pozornie lekką treścią kryje się nieznośna lekkość bytu, nasączona upałem atmosfera dekadenckiego high life’u. Przypuszczalnie część czytelników stwierdzi też, że „Znaki zodiaku” nie są lekkie, bo – jak błyskotliwie zauważył autor profilu „Kusi na Kulturę” – „to dla mnie książka z kategorii »Jestem na tym zdjęciu i wcale mi się to nie podoba«”. Nawet jeśli nie zawiera ona ani szerokiej panoramy społecznej, ani wyrafinowanych analiz rzeczywistości, to w atrakcyjny mainstreamowo sposób wskazuje aktualne kwestie zasługujące na pogłębioną refleksję – nie tylko w obliczu kryzysu wieku średniego, kryzysu tożsamości, kryzysu psychicznego czy „po prostu” globalnego. Ale czy nie dostrzegam w niej więcej, niż oferuje; czy nie wydaje się mimo wszystko lekką lekturą wakacyjną w sensie: jednorazową, niezaprzątającą myśli dłużej niż do zamknięcia okładki? Cóż, podobnie jak w przypadku astrologii, decydują nastawienie i autosugestia – wszak „[r]eakcja na przepowiednię sama w sobie jest najlepszą przepowiednią” (s. 89). A recenzentka jedynie stawia tarota.
Literatura:
Brzeziński W.: „Lego dla dorosłych. Jak milenialsi zmienili bankrutującą firmę w największego producenta zabawek na świecie”. „Tygodni Powszechny” [online], 4.06.2024. https://www.tygodnikpowszechny.pl/lego-dla-doroslych-jak-milenialsi-zmienili-bankrutujaca-firme-w-najwiekszego-producenta-zabawek-na
Drenda O.: „Koniec świata millenialsów. Ich wczesna dorosłość przypadła na czas wielkich obietnic – ile wyszło z przyszłości?”. „Tygodnik Powszechny” [online], 25.06.2024. https://www.tygodnikpowszechny.pl/koniec-swiata-millenialsow-ich-wczesna-doroslosc-przypadla-na-czas-wielkich-obietnic-ile-wyszlo-z.
Kulpa K.: „Spektakl awansu” [recenzja]. „Mały Format” 2024, nr 3/4. http://malyformat.com/2024/05/spektakl-awansu/.
Marcisz M.: „Książka o przyjaźni”. W.A.B., Warszawa 2021.
Wojtaszczyk J.: „Maciej Marcisz o kryzysie tożsamości millenialsów [rozmowa]”. Kultura u Podstaw, 28.06.2024. https://kulturaupodstaw.pl/maciej-marcisz-o-kryzysie-tozsamosci-millenialsow/.
[Wpis nt. „Znaków zodiaku”]. Profil „Kusi na Kulturę”. Facebook, 29.05.2024. https://www.facebook.com/photo.php?fbid=971963588265729&id=100063562899508&set=a.470757998386293.
„»Znaki zodiaku«, czyli ta jedna książka na lato. Oto powieść, w której odnajdzie się wiele z nas”. Gazeta.pl (dział Kutura), 5.06.2024. https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,119873,31029081,znaki-zodiaku-czyli-ta-jedna-ksiazka-na-lato-oto-powiesc-w.html.
Maciej Marcisz: „Znaki zodiaku”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

